poniedziałek, 30 grudnia 2013

"Moje konstelacje gwiazd.."


(Macierzyństwo- Stanisław Wyspiański)

Gdy mnie nie słyszysz, ja chcę ci przysiąc,
Że póki mogę, będę cichą tarczą twą.
A gdy dorośniesz, otworzę na oścież drzwi
I spróbuję cię uwolnić z moich rąk
  
(...)

Codziennie mnie zachwyca twoje maleńkie życie.
Na wielkie przyjdzie jeszcze czas.
Dziś jesteś mi światem, a twoje złote piegi to jego blask.
W pochmurną noc to moje konstelacje gwiazd.

(A.M. Jopek- Kołysanka)

M.

sobota, 28 grudnia 2013

Stosik, czyli co znalazłam pod choinką...

A więc, myślę, że czas już pochwalić się moimi nowymi książkami, które znalazłam w tym roku pod świątecznym drzewkiem... Stosik może nie jest za wysoki, ale wszystko to są lektury, na które od dawna mam wielką ochotę i bardzo się cieszę, że znajdą się one na moim regale (na którym, swoją drogą, naprawdę nie ma już miejsca! Nowy pilnie potrzebny!). 



Widok z Castle Rock- Alice Munro- wypada zapoznać się z twórczością tegorocznej noblistki. Urzekła mnie okładka tej książki!

Barcelona Jazz Club- Xavier B. Fernandez- ta książka to akurat całkowita niespodzianka, ale bardzo się z niej cieszę! Lubię hiszpańską literaturę. Zapowiada się naprawdę ciekawie.

Szukając Alaski- John Green- Gwiazd naszych wina stoi już na moim regale, do kompletu brakuje mi już tylko trzeciej powieści Greena.

Dziennik Mai, Isabel Allende- Allende stała się ostatnio jednym z moich ulubionych autorów. Perspektywa kolejnej, porywającej książki tej pani jest bardzo miła.

Jeśli chodzi o książki to już wszystko. Ale, ale... dostałam jeszcze pewien bardzo użyteczny przy czytaniu gadżet, który od dawna mi się marzył. Oto on:



Wreszcie będę mogła bez końca czytać w podróży w aucie. Nie straszne mi już teraz ciemności! :)

Pozdrawiam, 
J.

wtorek, 24 grudnia 2013

Świąt jak u Borejków...

Zgaszono światło, zapalano świeczki na choince. Rumuńskie dzieci, siedzące obok Pyzy i Tygryska, zagapiły się, nic nie rozumiejąc, na lampę, a potem wstały, jak wszyscy. Ojciec Borejko chrząknął po raz drugi i rzekł:
- Silentium, kochani.
Pyza otworzyła książką na stronicy założonej wstążeczką. 
- Narodzenie Jezusa- przeczytała głosem zasapanym z przejęcia. - W owym czasie wyszło rozporządzenie Cesarza Augusta...
Elka zupełnie niespodziewania poczuła, że ma łzy w oczach. Nie rozumiała, dlaczego. Zwykły wieczór wigilijny. Zwykła rodzina. (...) Zmarszczyła brwi i podniosła wzrok. I zobaczyła naprzeciwko mamę Borejko.
Mama Borejko też miała łzy w oczach.
Jak co roku w tej właśnie chwili. Oto cała jej rodzina zgromadziła się wokół stołu, wszyscy zdrowi, wszyscy- wciąż jeszcze razem. (...) 
Dziękuję- przemknęło przez głowę mamie Borejko. - Dziękuję. Za to całe szczęśliwe życie.

Piękne są święta u Borejków w kamienicy numer 5 przy ulicy Roosvelta. Takich właśnie Wam życzymy!
Spędzonych w rodzinnej atmosferze, pełnych ciepła, serdeczności i miłości. Niech będzie pięknie w Waszych domach. Wykorzystajcie te trzy dni jak najlepiej! 

Wesołych :)

M&J

piątek, 20 grudnia 2013

Czyste radości mojego życia- Jan Šmid

Czyste radości mojego życia to książka raczej mało znana. To tytuł, który niewielu obił się o uszy. A tak być nie powinno! Moim zdaniem książka Jana Šmida to powieść, którą każdy powinien przeczytać!Bo to książka niby zwyczajna, ale bardzo mądra i mająca niesamowicie pozytywny przekaz. O człowieku prostym i zwyczajnym, ale jednak wyjątkowym. Człowieku, który posiadł tę trudną sztukę bycia po prostu szczęśliwym.


Taką właśnie osobą jest Nat Jessel- trzydziestoośmioletni komiwojażer, który jeździ po bezdrożach Ameryki swoim starym samochodem i rozwozi artykuły odzieżowe. Jego życie składa się z tych właśnie podróży w interesach oraz dni, które spędza samotnie w swojej ukochanej, górskiej chacie lub ewentualnie na kolacjach u Hasketta, swojego pracodawcy. Nat czasem czuje się trochę samotny, ale niespecjalnie. W gruncie rzeczy lubi swoją samotność, wolność, niezależność. Jest mu dobrze tak, jak jest.


Pewnego dnia spotyka jednak Eileen, która staje się  jego wierną towarzyszką. Eileen to piękna, dystyngowana, pewna siebie... lwica! Tak, lwica! Wygłodzona, opuszczona przyplątuje się do Nata, a ten po chwilach prawdziwej grozy, przekonuje się, że ma ona jak najbardziej pokojowe zamiary Jest to początek prawdziwej przyjaźni oraz całej serii wspólnych, niepowtarzalnych przygód!


Mało książek, które do tej pory przeczytałam, ośmieliłabym się nazwać "pięknymi". To określenie zarezerwowane dla naprawdę wyjątkowych historii. Czyste radości mojego życia z pewnością na nie zasługują. Piękne są tam opisy amerykańskich bezdroży i zagubionych pomiędzy górami, zapomnianych przez świat osad. Piękna jest przyjaźń Nata i Eileen oraz ich przygody. Ale nade wszystko piękny jest w tej książce sam głónwny bohater- Nat, który umie cieszyć się życiem, który nie martwi się tym, co było i będzie, tylko czerpie z teraźniejszości wszystko, co najlepsze. Nie spieszy się, nie uczestniczy w wyścigu szczurów. Po prostu żyje. Żyje i ma swoje czyste radości życia... picie aromatycznej kawy, spanie pod gołym niebem, siedzenie przy ognisku, podziwianie widoku sprzed swej chaty. Widzicie, jak niewiele w rzeczywistości potrzeba do szczęścia? 



Książka Šmida jest dobrą propozycją na święta. Jest zabawna i urocza- idealna na świąteczne wieczory. Przede wszystkim jednak daje do myślenia i pokazuje pewne prawdy, tak zwane oczywiste oczywistości, o których niestety często zapominamy.



Wszystkim Wam życzę, żebyście zawsze byli tak szczęśliwi jak Nat Jessel!



J.


środa, 18 grudnia 2013

"Nie wiem, kiedy święta zaczynają się gdzie indziej, lecz dla nas,....

dzieci z Bullerbyn, Gwiazdka zaczyna się już tego dnia, gdy pieczemy pierniki. Wówczas jest równie wesoło jak w wieczór wigilijny. Lasse, Bosse i ja dostajemy po dużym kawałku ciasta na pierniki i możemy z niego piec, co chcemy . Wyobraźcie sobie, że gdy ostatnio mieliśmy piec pierniki, Lasse zapomniał o tym i pojechał z tatusiem do lasu po drewno!
 



Dopiero w lesie przypomniał sobie, co to za dzień i puścił się do domu takim pędem, że aż śnieg się za nim kurzył- tak mówił tatuś. Bosse i ja zajęci byliśmy już wtedy na dobre pieczeniem. Właściwie to nieźle się złożyło, że Lasse przyszedł trochę później. Najlepsza foremka do pierniczków, jaką mamy, to mały prosiaczek, a gdy Lasse piecze z nami, to jest to prawie niemożliwe, byśmy my- Bosse i ja- mogli dostać prosiaczka. Tym razem jednak skorzystaliśmy z okazji i upiekliśmy każdy po dziesięć prosiaczków, zanim Lasse nadbiegł zdyszany z lasu. Och, jakże mu się śpieszyło, żeby nas dogonić z pieczeniem! Gdy już ukończyliśmy pieczenie, zgnietliśmy razem wszystkie obrzynki ciasta i upiekliśmy z tego ciastko, które miało być nagrodą w konkursie, urządzanym przez nas co roku. 
Po południu, gdy już wszystkie pierniczki były wyjęte z pieca, włożyliśmy trzysta dwadzieścia dwa ziarenka do butelki i obeszliśmy z nią wszystkie zagrody w Bullerbyn, i wszyscy musieli zgadywać, ile ziarenek jest w butelce. Ten, kto odgadnie najlepiej, miał dostać ciastko w nagrodę. Lasse niósł butelkę, Bosse- ciastko, ja zaś- notesik, w którym notowałam, ile kto zgadł. Ciastko wygrał dziadziuś, z czego okropnie się ucieszyłam. Zgadł, że w butelce jest trzysta dwadzieścia ziarenek grochu, więc był najbliżej. Anna myślała, że jest w niej trzy tysiące ziarnek grochu, co przecież było najzupełniej głupie!"



A dla Was kiedy zaczynają się Święta? Wspaniałe są te opisane w książce Astrid Lindgren... oby każdy z Was takie właśnie miał :) i wciąż umiał się nimi cieszyć i patrzeć na nie oczami dziecka! Wtedy jest pięknie i magicznie- zawsze!

J&M

wtorek, 17 grudnia 2013

Zima.







"(...) Uderzyło go zimne powietrze.
Dech mu zaparło, pośliznął się i stoczył przez okap. I tak nieszczęsny Muminek znalazł się w nowym niebezpiecznym świecie i wpadł po uszy w zaspę śniegu- pierwszą, jaką zdarzyło mu się w życiu widzieć. Coś kłuło go niemile w aksamitną skórę, ale jednocześnie jego nos zwietrzył jakiś nowy zapach. Był to zapach poważny, najpoważniejszy ze wszystkich znanych mu dotąd zapachów, i trochę przerażający. Lecz sprawił, że Muminek obudził się na dobre i poczuł ciekawość. 
Nad doliną rozpościerał się szary półmrok. Ale teraz dolina nie była zielona, tylko biała. Wszystko, co się kiedyś ruszało zrobiło się nieruchome. Wszelkie żywe dźwięki zamilkły. Wszystko, co było kanciaste, stało się okrągłe(...)."

Zima to cisza. Nieruchomość. Okrągłość.

Oby umieć się każdą kolejną porą roku, każdego kolejnego roku zachwycać tak, jakby się ją widziało po raz pierwszy :) Tylko, gdzie Ty zimo jesteś...? Czyżby znów Boże Narodzenie bez śniegu? :(


M.

piątek, 13 grudnia 2013

O szczęściu.


Mam taką jedną niepozorną książkę na półce. Nawet nie pamiętam skąd się u mnie wzięła... chyba podkradłam ją Mamie z "szafy z prezentami" ;)
Podkradłam ją, bo zachęcił mnie napis na tylnej części okładki: "Opowieść nawiązuje do wielkiej tradycji literatury francuskiej (Wolter, Diderot, Saint- Exupery). W prosty sposób stawia trudne pytania i udziela odpowiedzi- jasnych, jednoznacznych i jakże krzepiących". 
Bohaterem książki jest Hektor, który jest psychoterapeutą. Próbuje radzić ludziom, co tu robić, by lepiej żyć, ale pewnego dnia uświadamia sobie, że on sam tego nie wie i że nie jest człowiekiem szczęśliwym.
Wyrusza więc w drogę. I w czasie swojej podróży spisuje listę prawd, które powinny nam pomóc być szczęśliwszymi. Oto ona:

1. Dokonywanie porównań to skuteczny sposób na zburzenie szczęścia. 
2. Szczęście często przychodzi niespodziewanie.
3. Wielu ludzi widzi swoje szczęście jedynie w przyszłości.
4. Dla wielu szczęście to stać się bogatszym albo ważniejszym.
5. Niekiedy szczęściem jest nie wiedzieć.
6. Szczęście to porządny marsz pośród pięknych, nieznanych gór.
7. Błędem jest sądzić, że szczęście to cel.
8. Szczęście to przebywanie z ludźmi, których się kocha.
Prawda 8 bis: nieszczęście to rozdzielenie z tymi, których się kocha.
9. Szczęśliwy jest ten, którego rodzinie niczego nie brakuje.
10. Szczęśliwy jest ten, który ma zajęcie, które lubi.
11. Szczęście to mieć dom i ogród.
12. Szczęście trudniej osiągnąć w kraju rządzonym przez szubrowców.
13. Szczęśliwy jest ten, który czuje się potrzebny.
14. Szczęśliwy jest ten, którego kochają, takim jakim jest (uwaga: jesteśmy milsi dla uśmiechniętego dziecka, bardzo ważne).
15. Szczęście to czuć, że się żyje pełnią życia.
16. Szczęście to świętowanie. Pytanie: czy szczęście to tylko reakcja chemiczna w mózgu?
17. Szczęściem jest troska o szczęście tych, których się kocha.
18. Szczęście to nie przywiązywać szczególnej wagi do opinii innych.
19. Słońce i morze to szczęście dla wszystkich.

Co sądzicie o tej liście? Z czym się zgadzacie? Co byście jeszcze dopisali? Dla mnie najważniejsze punkty, to: 1! Bardzo, bardzo ważna sprawa, z którą mam czasami nie lada problem i od lat nad tym pracuję, 6 i 19! Oj tak, tak! 8! 10! 13! 15! Cztery święte prawdy! 17, 18 też bardzo ważne! No i z marzeń, czyli coś, co zostanie na przyszłość to ten dom i ogród, a na razie cieszą własne cztery kąty w bloku ;)
Idzie Boże Narodzenie, warto się nad tym całym szczęściem zastanowić, no i nad tym, co jest tak naprawdę, naprawdę, w życiu, najważniejsze. 
Dokładny tytuł książki o Hektorze, to: "Podróże Hektora, czyli poszukiwanie szczęścia". Napisał ją Francois Lelord, który sam też jest z zawodu psychiatrą i psychoterapeutą, autorem różnych poradników. Zachęcam do sięgnięcia, książka cieniuteńka, na jeden wieczór, a da do myślenia i może poukładać parę spraw w głowie. Warto też mieć ją na półce, bo to taka pozycja, do której się nieustannie powraca. 


A to właśnie sympatycznie wyglądający Pan Fracois Lelord :)

M.


środa, 11 grudnia 2013

Filmowo


Dopiero tera obejrzałam pierwszą część "Hobbita". Kawałek chyba niestety przespałam. Nie jestem wielką fanką fantastyki. Lubię "Władcę pierścieni", niestety "Hobbit" mnie znudził! Podobały mi się zdjęcia, uwielbiam malutki, przytulny domek Bagginsa... ale fabuła- nudna. Jak dla mnie. Niestety chyba chęć zarobienia jak największych pieniędzy, nie przełożyła się na jakość. Wydaje się, że rozciągnięcie książki, która ma, z tego, co pamiętam, coś około trzystu stron, na trzy części filmu, z której każda trwa po trzy godziny, jest lekką przesadą. Choć zapewne dla miłośników Tolkiena to i tak jest wielka przyjemność, że mogą obejrzeć perypetie Bagginsa na wielkim ekranie. 


Cóż, nazwisko Jarmusch kojarzy mi się przede wszystkim z Baltoną z Jeżycjady. To pierwszy film tego reżysera, jaki zobaczyłam. Z przykrością muszę stwierdzić, że też przysypiałam (ale tłumaczę to moim obecnym "stanem"). W zasadzie podobał mi się, szczególnie z dwóch powodów- jest to kino drogi, a takowe cenie sobie bardzo, do tego gra w nim świetny aktor - Bill Murray.  Film jest dziwny- nie wiele się w nim dzieje, zakończenia jakby brak- nagle się urywa- ale jednak chce się go oglądać. To taki rodzaj ekranizacji, przy której trzeba się co nie co wysilić, pokusić się na swoją własną interpretację, bo reżyser pozostawia wiele luk i niedopowiedzeń- dając widzowi pełne pole do popisu. Niewątpliwie kino ambitne, które zmusza nas do zastanowienia się nad tym, co właśnie obejrzeliśmy. 



Dobrze, dobrze, może "Siedem dusz" jest filmem typowo amerykańskim, nieco naiwnym, nieprawdopodobnym, z happy endem (?). Ale to dobry film, co tu dużo mówić. Dobrze zagrany, dobrze nakręcony, wciąga. Przez cały czas, tak naprawdę nie do końca wiemy, o co chodzi, dopiero stopniowo możemy się czegoś domyślać, a całość tajemnicy wyjaśnia się w ostatnich dziesięciu minutach. Tak więc- konstrukcja jest naprawdę sensowna! Może to taki trochę wyciskacz łez, choć ze mnie ich nie wycisnął, bo oglądałam z pewnym dystansem, dlatego być może doceniłam niewątpliwe atuty filmu. A jaki morał? Bo ja wiem? A czy morał jest najważniejszy? Dobre kino, a swoje wnioski też można wysnuć. No i w tle toczy się ładnie pokazana (choć tu faktycznie bardzo chcąca wycisnąć łez parę) historia miłosna. 



Spośród czterech wspomnianych zdecydowanie najlepszy. Zależy wprawdzie dla kogo, bo niejednego pewnie znudzi niemiłosiernie. Prosta historia ukazująca jeden rok z życia pewnej angielskiej rodziny. Nic się niby nie dzieje, a dzieje się tak bardzo wiele! Film zostaje w nas na długo. Mamy tu ciekawe postaci (niektóre skrajnie irytujące), silne kontrasty i naprawdę bardzo dużo wątków, które powinniśmy przemyśleć. To taka troszkę szkoła życia. Wydarzenie ważne i mniej ważne toczą się  swoim powolnym tempem. Film o zwyczajnych "szaraczkach", a niesie ze sobą tak wiele. Trzeba być zdolnym, żeby coś takiego nakręcić, prawda? 


M. 



wtorek, 10 grudnia 2013

Cytatowo

Mam kilka notesów ze swoimi ulubionymi cytatami i wierszami. Leżą gdzieś na dnie pudła i raz na jakiś czas wyciągam je i czytam te mądrości. Dziś powyciągam te magiczne słowa tu- na blogu. Zaczynam serię nowych postów- cytatowo. Raz na jakiś czas krótki wpis z ulubionymi fragmentami ze źródeł przeróżnych.

"(...) Nawet jak zdejmiesz i przestaniesz udawać aniołka- rzekł Tomcio, kryjąc uśmiech w swej brodzie- to i tak będziesz jeszcze dziewczyną. A raczej: człowiekiem. A człowiek nigdy nie powinien dać się owładnąć uczuciom negatywnym. 
- Odczep się- warknął aniołek. 
- Po co się złościsz? Po co się wściekasz?
(...)
- Problem tkwi nie w rzeczywistości, a w twoim umyśle, człowieku. Odpręż no się. Nie ma żadnego problemu. Ty jesteś problemem. Nie ma usprawiedliwienia negatywnych uczuć. Zwłaszcza dziś wieczorem. 
Elka fuknęła i powiedziała mu, że bredzi jak chory szympans. Ale troszkę się zawstydziła. 
- Dopóki myślisz, że przyczyna Twojej złości jest na zewnątrz, dopóty czujesz się usprawiedliwiona i możesz w sobie tę złość hodować- ciągnął tomek, popychając ją przez tłum w stronę wyjścia(...)."

P.S. Zagadka- z jakiej książki pochodzi powyższy cytat? :) Tak, tak, to właśnie ta książka, którą zawsze czytam w grudniu. Od lat, obowiązkowo! 


M.

niedziela, 8 grudnia 2013

Edith Piaf oczami Simone Berteaut

Edith Piaf. Ile twarzy kryje się za tym nazwiskiem! Wybitna artystka, niebywały geniusz, krucha istotka o powalającym głosie, gwiazda lat 50., silna, a zarazem słaba osoba, zagubiona kobieta. Trudno opisać i zrozumieć osobowość Edith Piaf, tak złożoną i skomplikowaną była ona postacią. Fascynujące jest jej życie, droga jaką przeszła od ulicznej śpiewaczki po gwiazdę estrady. Choć zawsze otoczona całymi zastępami ludzi, zazwyczaj czuła się samotna, a jedyną osobą, która wytrwała przy niej do końca i chyba najlepiej ją znała i rozumiała była jest siostra Simone Berteaut, która napisała o niej książką i ją jej zadedykowała słowami: Dla Ciebie moja Edith, napisałam tę książkę z całą szczerością i prawdziwie. Jest w niej Twój śmiech i Twój płacz, Twoje radości i smutki. Wciąż słyszę ostatnią przestrogę, jaką mi dałaś: "Momone, nie rób głupstw".Tak bardzo bym chciała, żebyś znów wzięła mnie za rękę. Ale kiedy to się stanie, mój Boże?


Pewnie większości dość dobrze jest znany życiorys Edith Piaf. Przyszła na świat w grudniu 1915 roku, urodziła się dosłownie na ulicy. 
Jej matka, śpiewaczka, porzuciła ją wkrótce po narodzinach i Edith wychowywała się u swojej babci, która prawie nigdy nie była trzeźwa. Po paru latach powrócił po nią ojciec i zastał ją brudną i zupełnie zaniedbaną. Potem Edith mieszkała w domu publicznym, gdzie zauważono, że dziewczynka jest niewidoma (po paru latach odzyskała wzrok). Dalszą część dzieciństwa spędziła zaś ze swoim ojcem, który jeździł po miasteczkach, występując jako akrobata na ulicach. Tak zaczęła się przygoda Edith z piosenką i ze śpiewaniem na ulicy. Tak zarabiała na życie, dopóki  na Polach Elizejskich nie dostrzegł jej Leplée. To dzięki niemu Edith trafiła z ulicy na scenę. Wtedy została nazwana Małą Piaf. Kolejne lata przyniosły jej wielkie sukcesy, sławę i wielotysięczną publiczność. Z nikomu nieznanej, ulicznej śpiewaczki, stała się  Wielką Piaf. 


Edith Piaf stawała się na scenie prawdziwą czarodziejką. Gdy kurtyna się unosiła, ludzie mogli zobaczyć małą, niepozorną postać (zawsze w czerni), lecz gdy zaczynała śpiewać, cała widownia milkła i chłonęła jej głos i słowa aż do końca występu. Potem następowały niekończące się owacje i bisy. Edith Piaf oczarowywała. Swym głosem, swymi emocjami i gestami niesamowicie oddziaływała na ludzi i wzbudzała zachwyt i szczere wzruszenie.

Przez te wszystkie lata towarzyszyła jej Simone. To ona najlepiej znała Edith. Była świadkiem jej miłości, radości i wielu upadków oraz dramatów. To ona z boku obserwowała jej rozwijającą się karierę, przeżywała każdy jej występ, nieraz siedziała w głębi sali i płakała ze wzruszenia, podziwiając swoją siostrę na estradzie. Była jej oddaną towarzyszką. A życie z Edith proste nie było. Była ona  uosobieniem geniuszu, a jak wiadomo, z takimi ludźmi życie na co dzień jest bardzo trudne. Piaf była szalona, miała często nieobliczalne pomysły, za które potem musiała słono płacić. Nieprzystosowana do normalnego życia, postępowała dziwacznie i impulsywnie. Wobec swych mężczyzn (a miała ich naprawdę wielu) była wyjątkowo zaborcza. Wymagała od nich posłuszeństwa i całkowitego oddania. Każdego kolejnego mężczyznę uważała za miłość swego życia, zakochiwała się jak nastolatka.  Dużo piła, lubiła się bawić.  Była wiecznym dzieckiem, żyła w swoim własnym świecie, żyła piosenką... Nie było łatwo przy niej trwać i ją wspierać. Ale była genialna i wyjątkowa. Takim ludziom wybacza się wszystko.
 
Poza tym życie tej wyjątkowej kobiety było bardzo ciężkie. Odtrącenie przez matkę, życie na ulicy, życia z dnia na dzień- to wszystko pozostawiło po sobie ślad. Potem było lepiej, Edith kwitła, rozwijała się, aż do roku 1951, kiedy zdarzył się wypadek samochodowy, który był początkiem jej złej passy. To wtedy Edith uzależniła się od morfiny i od tego momentu zaczęły się ujawniać jej liczne problemy zdrowotne. Od 1951 do 1963 roku Edith Piaf przeżyła cztery wypadki samochodowe, jedną próbę samobójstwa, cztery kuracje odwykowe, jedną kurację snem, trzy ataki śpiączki wątrobowej, jeden atak szału, dwa ataki delirium tremens, siedem operacji, rozedmę płuc, dwa odoskrzelowe zapalenia płuc. Ciężko się po takich przeżyciach pozbierać, ale Edith miała motywację- chciała śpiewać! Nawet w najgorszym stanie nie poddawała się i stawała przed publicznością. Po  dwunastu latach  dała jednak za wygraną- jej ciało było już zanadto wyniszczone chorobami, narkotykami i alkoholem. Zmarła 10 października 1963 roku.

Książka Simone Berteaut to naprawdę godna polecenia lektura. Jest to biografia sfabularyzowana, dlatego czyta się ją wyjątkowo dobrze jak na tego rodzaju literaturę. Przewija przez nią mnóstwo nazwisk, sporo tytułów piosenek, trochę dat- to jednak nie przeszkadza. Jedyne moje zastrzeżenie dotyczy zmieniania przez autorkę czasu z przeszłego na teraźniejszy. Nie lubię tego. Jednak działo się to na tyle rzadko, że i to nie było uciążliwe.
Warto przeczytać, naprawdę. Warto poznać lepiej historię Edith Piaf. Była to osoba nietuzinkowa i wyjątkowa! Mnie zafascynowała…


J.

piątek, 6 grudnia 2013

Z jeszcze innej beczki... muzykovelove!

Piszę tu głównie o książkach, czasami o filmach, pomyślałam sobie, że może zacznę pisać, raz na jakiś czas, posty o muzyce. Gdzieś, kiedyś, przeczytałam taki wpis: "Jeżeli mam brać kiedykolwiek ślub, to tylko z mężczyzną, który ma więcej książek, niż ja". Mój mąż książek więcej nie miał, ale za to miał dużo, dużo więcej płyt. Zaryzykowałam i ślub wzięłam ;) Mamy więc regały wypchane książkami i regały wypchane płytami. Muzyki zawsze było dosyć dużo w moim życiu, ale teraz cały czas poznaję coś nowego. To by było na tyle- tak tytułem wstępu.
W dzisiejszym poście chciałam napisać o wokalistce, którą naprawdę bardzo lubię i cenię, a jest nią- Ania Rusowicz. Kiedyś, coś około dwóch lat temu, przeczytałam rozmowę z Anią w "Wysokich obcasach". Bardzo spodobało mi się jej spojrzenie na świat! Ania, to córka zmarłej Ady Rusowicz- wokalistki zespołu Niebiesko- Czarni. 
Dwa lata temu artystka wydała swoją pierwszą płytę- "Mój big- bit", na której znajduje się sześć coverów utworów jej mamy i sześć autorskich kawałków. Ania już w wywiadzie oczarowało mnie swoją osobowością, mądrymi wypowiedziami, sposobem życia i urodą, za to po przesłuchaniu płyty całkiem zauroczył mnie jej głos i sposób śpiewania. To niezwykle zdolna wokalistka! Płyty "Mój big- bit" słuchałam tamtej zimy na okrągło. Zachwycił mnie klimat tych piosenek i to, że wraz z nimi mogłam przenieść się do Polski lat 60 i 70. Krążek jest spójny, bardzo dopracowany i nie ma na nim nic, co można by było wykluczyć.
Dwa lata minęły i wokalistka wydała swój kolejny album "Genesis". Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się wydanie. Okładka jest fantastyczna (widnieje na niej obraz Julii Curyło). Na płycie znajdują się już jedynie utwory napisane przez Anię.
I znów mamy do przesłuchania dwanaście dobrych, dobranych, tworzących spójną całość utworów, które opowiadają nam jakąś historię. Dużo tu o relacjach międzyludzkich, o miłości, o czasie- o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Płyta wydaje się być jeszcze dojrzalsza od poprzedniej- niesamowicie dopracowana i przemyślana. Teraźniejszość z przeszłością przeplata się i miesza na każdym kroku. Cała płyta ma swój specyficzny charakter, muzycznie stoi gdzieś na pograniczu bluesa, mocnego rocka, muzyki psychodelicznej, a to wszystko przesiąknięte jest stylem retro. Dużo też tutaj melancholii i liryki. Nie słuchałam całości zbyt wiele razy, więc jeszcze na pewno odkryję w tych dwunastu kawałkach, liczne smaczki.

Na zakończenie dodam, że Ania ujmuje mnie swoją naturalnością i autentycznością. Jest artystką z jednej strony świadomą, dojrzałą, a równocześnie, to co robi, jest całkowicie prawdziwe. Śpiewa tak, jak gdyby musiała, to właśnie wyśpiewać, prosto z serca. Wydaje się, że to, co robi to jej obowiązek, część jej duszy, jej genów, które otrzymała w spadku po rodzicach.

M.

środa, 4 grudnia 2013

"Tysiąc wspaniałych słońc"- Khaled Hosseini

    Dawno nie czytałam czegoś tak pięknego. Książka Hosseiniego wstrząsnęła mną dogłębnie. Uświadomiła mi, jak mało wiem o świecie, który mnie otacza. Pozwoliła przeżyć cały ocean emocji. Tak głęboko zapuściła we mnie korzenie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Dała tak dużo do myślenia. Takie książki to arcydzieła. To pozycje, które coś w nas zmieniają, daj nam wiedzę, jakąś mądrość. 

     Hosseini napisał wspaniałą historię, doskonałym językiem. Powieść czyta się rewelacyjnie, doprawdy nie sposób się od niej oderwać. Akcja rozciąga się na przestrzeni trzydziestu lat historii Afganistanu, w którym toczy się nieustająca wojna. Najpierw poznajemy młodziuteńką jeszcze Mariam bedącą harami- nieślubnym dzieckiem. Dziewczynka traci matkę, która popełnia samobójstwo. Dalsze losy doprowadzają ją do konieczności zawarcia ślubu ze starszym od siebie o trzydzieści lat mężczyzną, szewcem, pochodzącym z Kabulu. Tym samym kończy się niewinny, dziecięcy czas w życiu Mariam, a zaczyna się trudne, pełne bólu życie, u boku niekochanego, podstarzałego, okrutnego, brutalnego mężczyzny.

     Później poznajemy piękną, mądrą, zdolną Lajlę. Jej rodzinę, ich przeszłość i ukochanego Lajli- jednonogiego Tarigha. Jeszcze później dzieją się rzeczy straszne, a okrucieństwa wojny sprawiają, że Mariam i Lajla zamieszkują pod jednym dachem, a Lajla, która w zasadzie nie ma wyboru i nie może postąpić inaczej, zgadza się zostać drugą żoną szewca Raszida. Mimo początkowych sporów, kobiety zaprzyjaźniają się i tworzy się między nimi wyjątkowa, głęboka więź. Wspólnie zajmują się wychowanie dwójki dzieci Lajli i wspólnie znoszą cierpienia i prześladowania Raszida. A w tle wciąż rozgrywają się sceny wojenne, wciąż giną niewinni ludzie, umierają z głodu, są mordowani przez Talibów za absurdalne i błahe przewinienia. Najbardziej cierpią kobiety, które zostają pozbawione w zasadzie wszelkich praw i całkowicie poddane woli swoich mężczyzn.

     "Tysiąc wspaniałych słońc" to powieść piękna, ale i smutna. Przepełniona niepojętym, niezrozumiałym okrucieństwem. Jedyną wartością, która ocala, jest miłość. Miłość matki do dziecka, przyjacielska miłość pomiędzy dwoma kobietami, miłość pomiędzy kobietą a mężczyzną. To ona sprawia, że możemy jeszcze doszukać się jakiegoś ziarna człowieczeństwa w tym, opisanym przez Hosseiniego, świecie. 

     Równie ważnym wątkiem, jak więź między Mariam a Lajlą, jest historia Lajli i jej ukochanego Tarikha. Ich uczucie jest wielkie, nieskończone, nie do pokonania przez czas, cierpliwe. Poranieni, z tragiczną przeszłością, nadal potrafią patrzeć na siebie z wielką miłością. 

Tak bardzo cieszę się, że przeczytałam tę książkę, że mogłam przeżyć tyle emocji i poznać kawałek historii.

"-Przykro mi- mówi Lajla. Nie może się nadziwić, jak to możliwe, że życie każdego Afgańczyka naznaczone jest śmiercią, utratą najbliższych i niewyobrażalnym bólem. A mimo to widzi ludzi, którzy znajdują sposób, by przeżyć, by iść dalej(...)".

Ja dziwię się razem z Lajlą...


M.

wtorek, 26 listopada 2013

Filmowo.

Miałam okazję w ostatnim czasie być dwa razy w kinie. Na pierwszy film wybrałam się przypadkowo, za namową Mamy, a w zasadzie pod przymusem ;) ale bardzo dobrze się stało, bo warto było zobaczyć "Idę" w reżyserii Pawła Pawlikowskiego.
Nie miałam ochoty na tę tematykę. Rozliczanie się z przeszłością. Tragiczne czasy drugiej wojny światowej  i zagłada Żydów. Można by zapytać, jak długo można wciąż i wciąż rozdrapywać te rany? Wałkować te same tematy? Ale można też powiedzieć, że o tym nadal i wciąż trzeba mówić, bo już niedługo przyjdzie pokolenie ludzi, wśród których nie będzie nikogo, kto przeżył ten wielki dramat na własnej skórze. A przecież o tym nie można zapomnieć, wymazać, prawda? 
Mamy w filmie dwie kobiety. Całkiem różne. Ida czeka na śluby zakonne, jednak zanim je złoży, wyrusza w podróż. Spotyka się ze swoją ciotką- Wandą- krwawą Wandą, stalinowską sędziną (świetna rola Agaty Kuleszy). Dowiaduje się, że jest Żydówką, poznaje dramatyczne dzieje wymordowania swojej żydowskiej rodziny i razem z Wandą jedzie do wsi, z której pochodzi, by poznać dokładnie historię dnia mordu i odnaleźć zakopane gdzieś w lesie ciała. 
Ciężkie to rozdrapywanie ran. Wanda, pozornie chłodna, wyrachowana, mająca na sumieniu śmierć niejednego, okazuje się dogłębnie poranioną kobietą ze złamanym życiem. Ida opanowana, skromna, skrywająca swą kobiecość pod habitem po spotkaniu z Wandą zaczyna mieć wątpliwości, czy wybrała właściwą dla siebie drogę. Kobiety skrajnie różne, obie skomplikowane i zagmatwane wewnętrznie. 
Cały film jest czarno- biały. Piękne zdjęcia. Zamglone widoki. Nostalgiczne, melancholijne, poetyckie obrazy. Cisza i spokój zbudowane przez czarne kadry świetnie współgrają ze skąpymi dialogami. Nieprzegadany, powolny, a zarazem dosadny i przytłaczający. Z kina wychodzi się w ciszy.


Drugi film, który obejrzałam z wielką przyjemnością, to "Czas na miłość". Przez polskich dystrybutorów reklamowany, jako komedia romantyczna, a tymczasem to moim zdaniem bardziej mieszanka melodramatu i komedii, przy której naprawdę można się serdecznie pośmiać. To jeden z tych filmów, który ogląda się z uśmiechem nieschodzącym z twarzy (poza kilkoma fragmentami, gdy łza wzruszenia kręci się w oku). Po którym wychodzi się z kina z myślą, że chce się być lepszym człowiekiem, patrzy się na świat znacznie pozytywniej i nagle bardziej kocha się wszystkich ludzi dookoła. W sam raz do obejrzenia przed zbliżającym się wielkimi krokami grudniem. 
Wszystkie postaci w filmie budzą sympatię, począwszy od ojca zagranego przez rewelacyjnego Billa Nighy, poprzez rudego syna, który jest czarującym, świetnym facetem, jego ukochaną, pełną wdzięku Mary (śliczna, dziewczęca Rachel McAdams), czy też świetnego, zabawnego, cynicznego i wiecznie marudzącego Harrego. 
Przesłanie płynące z "Czasu na miłość", choć może i banalne, na pewno jest warte przypomnienia. Zresztą rady, których udzielna nam główny bohater są naprawdę cenne i dobrze by było, gdyby każdy umiał je wprowadzić w swoje życie. Rudzielec radzi nam:
- żebyśmy żyli codziennym życiem,
- cieszyli się jego zwyczajnością,
- doceniali to, co mamy- ludzi, którzy nas kochają, których my kochamy,
- starali się każdy dzień przeżyć, jak najlepiej.
Banał, prawda? Ale kto z nas potrafi te prościutkie zasady wprowadzić w swoją codzienność? Ten jest zapewne szczęśliwym człowiekiem :)
Naprawdę film wart zobaczenia! Dla czystej przyjemności oglądania i podania sobie zastrzyku dobrej energii! Wrócę do niego jeszcze na pewno, a Wam wszystkim polecam!!!


M.

środa, 20 listopada 2013

Dziwne losy Jane Eyre- Charlotte Brontë

Gdzie spędziłam ostatnie dni? W pięknej, zielonej Anglii. Otaczały mnie tamtejsze, urokliwe krajobrazy wrzosowisk, rozległych, soczystych pól, mijałam zamki i posiadłości oraz wiejskie, ubogie chaty. Towarzyszyłam bohaterce książki Charlotte Brontë, Jane Eyre, przez lata jej przykrego dzieciństwa, dni spędzone w szkole dla sierot, potem w Thornfield i Morton. Koleje jej życia były bardzo zawiłe, a ja z zapartym tchem je śledziłam. Dziwne losy Jane Eyre to piękna lektura, w której można się pogrążyć bez reszty i zapomnieć o bożym świecie. Jest to powieść przede wszystkim o wielkim, bezgranicznym uczuciu, które narodziło się pomiędzy Jane a panem Rochesterem oraz trudnej drodze do szczęścia.  

Jane po długoletnim pobycie w szkole dla sierot (najpierw jako uczennica, potem nauczycielka) postanawia ruszyć w świat. Znudzona swoim dotychczasowym życiem, czuje, że potrzebuje czegoś więcej. Los rzuca ją do zamku w Thornfield, gdzie Jane zaczyna pracować jako nauczycielka małej Adelki. Wkrótce nasza bohaterka poznaje właściciela majątku- tajemniczego Edwarda Rochestera. 

Jane i Rochester. Dwa, skrajne przeciwieństwa. Ona- młoda, uboga, nieobyta, z początku trochę nieśmiała, skromna i spokojna. On- bogaty, znacznie od niej starszy, szalony, impulsywny. Ale przeciwieństwa się przyciągają. Jane i Edward są szczęśliwi, planują wspólną przyszłość, jednak w dniu ich ślubu wychodzi na jaw głęboko skrywana przez Rochestera tajemnica, która zmusza zakochanych do rozłąki... Ale nawet wtedy, gdy są daleko od siebie, ich miłość ani trochę nie maleje. Czy takie historie, takie miłości w ogóle się zdarzają?

Charlotte Brontë stworzyła bardzo wyrazistych bohaterów. Mówię tu przede wszystkim o Jane i Edwardzie, ale oprócz przez powieść przewinęła się cała masa innych, ciekawych postaci. Poza tym niezwykle umiejętnie oddała klimat tamtych czasów! Na początku napisałam, że czytając powieść Brontë, mijałam wiejskie chaty i podziwiałam angielski krajobrazy. Tak właśnie było. Chwilami naprawdę czułam się, tak jakbym tak była. Teraz nawet trochę tęsknię za tym wszystkim, a w szczególności za Jane i Rochesterem. Bardzo polubiłam te postaci.

Dziwne losy Jane Eyre to kultowa powieść, pewnie niewielu jest takich, którzy jeszcze się z nią nie zapoznali. Ale jeśli ostał się jednak ktoś taki, kto nie zna tej powieść, bardzo zachęcam do lektury. Myślę, że się nie rozczarujecie.

J.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Przez żołądek do serca, czyli- "Przepiórki w płatach róży"- Laura Esquivel

Biedna, biedna Tita. Jako najmłodsza córka nie mogła wziąć ślubu ze swoim ukochanym mężczyzną. Jej obowiązkiem było zajęcie się niezwykle wymagającą i despotyczną matką aż do jej śmierci. A Tita kochała Pedra miłością wielką, gorącą, namiętną i to z wzajemnością. Cóż jednak z tego, skoro tradycji musiało stać się zadość? ... Pedro musi wziąć ślub ze straszą siostrą (to jedyna dla niego szansa, by być blisko ukochanej kobiety), a Tita może wyrażać swoje uczucia jedynie za pośrednictwem przyrządzanych przez siebie potraw.
Tak oto zaczyna się magiczna powieść meksykańskiej autorki Laury Esquivel. Powieść, a w zasadzie to piękna, wzruszająca baśń. "Przepiórki w płatkach róż" wspaniale wpisują się w nurt literatury iberoamerykańskiej, tryskającej magią i niesamowitymi wydarzeniami. 
Książka wprost bucha smakami, uczuciami, zapachami. Ślinka aż cieknie, gdy autorka opisuje sposób przyrządzania poszczególnych potraw meksykańskich, które stają się tutaj afrodyzjakami. W potrawach zaklęte są namiętności i emocje ludzkie, dania podawane przez Titę budzą w ludziach nieznane im dotąd uczucia. "Przepiórki w płatkach róż" są więc powieścią o gotowaniu i jedzeniu, ale przede wszystkim mowa tu o miłości- pełnej erotyzmu i namiętności, a w zasadzie, moim zdaniem, jest to po prostu powieść erotyczna- miłość to cielesność. To bliskość dwóch rozpalonych ciał, które pragną się sobą cieszyć bez końca. 
Tita, to typowa meksykanka. Tak właśnie je sobie wyobrażam. Jako kobiety, które są namiętne i erotyczne.  Mają pełne, krągłe, kobiece ciała i nie wstydzą się swojej
seksualności. Przepełnione są emocjami i to one kierują ich postępkami.
Nastrój powieści jest nieco melancholijny, fabuła trochę jak z noweli meksykańskiej, ale dla kogoś kto lubi literaturę iberoamerykańską, to strzał w dziesiątkę. To nie jest literatura, która budzi jakieś refleksje, pozwala wyciągać jakieś wnioski.. nie, nie. To jest książka, która ma być ucztą dla naszych zmysłów. Jej się w zasadzie nie czyta, ją się chłonie wszystkimi zmysłami. 

"(...)Na próżno, działo się z nią coś niezwykłego. Próbowała szukać oparcia u Tity, ale ta siedziała, jak nieobecna, jej ciało tkwiło wprawdzie na krześle w pozie, trzeba przyznać, nienagannej, ale w oczach nie było śladu życia. Zdawało się, że za sprawą niezwykłej, alchemicznej reakcji jej jestestwo rozpłynęło się w różanym sosie, w przepiórczym mięsie, w winie i we wszystkich zapachach unoszących się nad stołem. W ten sposób przenikała do ciała Pedra- lubieżna, pachnąca, gorąca, absolutnie zmysłowa(...)"

M.

piątek, 8 listopada 2013

mała Josie

Leżą na mojej półce dwie cieniutkie książeczki: "Josie Smitch" oraz "Josie i Boże Narodzenie". Drugą z nich dostałam w nagrodę za grzeczne zachowanie na świetlicy :) ... i wtedy bardzo polubiłam przygody Josie, jednak z całego cyklu udało mi się skolekcjonować jedynie dwie części. Autorką serii jest brytyjska pisarka (która tworzyła głównie kryminały)- Magdalene Nabb.

Josie ma chyba koło sześciu lat, choć nigdzie nie jest to napisane wprost. Jest uroczą, nieco niezdarną dziewczynką z wielkim sercem. Nie ma Taty, więc nie żyje jej się lekko... no i czasami zdarza jej się troszkę kłamać.. ale wtedy zawsze mocno zaciska oczy ;)
Obie książeczki złożone są z trzech krótkich rozdziałów. Każdy jeden opisuje jakieś ważne wydarzenie z życia dziewczynki- czy to bal przebierańców, czy to urodziny mamy. 
Miło czytało mi się teraz te historie. Bardzo podobają mi się ilustracje. Zastanawiam się też, dlaczego aż tak lubiłam te książeczki, jako dziecko. Pewnie dlatego, że są ciekawe, wciągające, wdzięczne, a Josie jest właśnie taka, jaka powinna być mała dziewczynka- czuje i myśli właśnie tak. Widać, że autorka dobrze znała dziecięcą psychikę.
Poza tym Josie jest dosyć biedną dziewczynką. A ja zawsze lubiłam historie o dzieciach, które nie mają za dużo pieniędzy. Bo to właśnie one potrafią najpiękniej przeżyć swoje dzieciństwo. Ważna jest fantazja i wyobraźnia, a nie kolejna zabawka, kurząca się na półce. Brak pieniędzy nie przeszkadza w tym by być szczęśliwym i mieć wspaniałe, pełne przygód życie. Tacy są przecież bohaterowie książek Astrid Lindgren i taka jest mała Josie.

Na pewno będę czytała historie o Josie mojej córeczce :) i może uda mi się skompletować pozostałe części!


M. 



poniedziałek, 4 listopada 2013

Pąsowa róża i porcelanowy zegar

Pewnego dnia czternastoletnia Anda, zupełnie przez przypadek, cofa się o 80 lat w czasie. Ze swojego pokoju przenosi się w realia XIX w. Razem z nią w czasie przemieszczają się również jej najbliższe osoby- rodzice, rodzeństwo, koleżanki z klasy. Jednak to tylko Anda zdaje sobie sprawę z tego, co się wydarzyło!
Na pewno wiecie, jaką książkę mam na myśli. Mowa o przepięknej opowieści Godzina pąsowej róży Marii Krüger. Strasznie miło wspominam tą powieść. Pamiętam, że kiedy ją przeczytałam, nie mogłam o niej zapomnieć i chodziła mi ona po głowie jeszcze bardzo długo.

Taka podróż w czasie to musi być przygoda! Kto by nie chciał takiej przeżyć? Zobaczyć dwór Zygmunta Augusta, przechadzać się po agorze w starożytnych Atenach, czy tak jak Anda, przenieść się do dziewiętnastowiecznej Warszawy... Chociaż na chwilę, na jeden dzień... Choć z drugiej strony... męczyć się cały dzień z ciasnym gorsecie? Przestrzegać wszystkich reguł, zasad, zwyczajów? Chodzić wszędzie w towarzystwie przyzwoitki? Hm, trudno się dziwić, że Anda przez długi czas tak bardzo chciała wrócić do XX w. 

Wygodniej zatem przeżywać tą przygodę siedząc w fotelu pod grubym kocem! A zatem Godzina pąsowej róży jest idealną propozycją- na jesienny wieczór, mroźny poranek albo podróż tramwajem. Uwielbiałam tę powieść i nadal uwielbiam i za parę lat chętnie znowu ją przeczytam!

Wróciłam do tej książki za sprawą akcji TYGODNIA Z LITERATURĄ DZIECIĘCĄ I MŁODZIEŻOWĄ zorganizowanej przez autorkę bloga Gwiazdowy Gościniec. To naprawdę świetny pomysł, wreszcie zmotywowałam się, żeby przeczytać książkę, do której już od dawna miałam ochotę wrócić!


Pozdrawiam!
J.


środa, 30 października 2013

Wycieczki w przeszłość

Ostatnio mam ochotę tylko na lekkie lektury, do innych nie bardzo mam głowę, co innego zaprząta moje myśli. Bardzo, bardzo się ucieszyłam, gdy moja Ciocia powiedziała, że kupiła dwie ostatnie książki Hanny Kowalewskiej z serii o Zawrociu. Znacie tę autorkę? Trzy pierwsze części sagi zawrociańskiej czytałam już spory kawałek czasu temu. Poza tym jej najpiękniejszą powieścią, którą przy okazji polecę, jest książka "Julita i huśtawki".
Gdy zaczęłam czytać czwartą część- "Inna wersja życia", to już nie bardzo pamiętałam, co wydarzyło się wcześniej w życiu główniej bohaterki- Matyldy. Autorka jednak, gdzieś między wierszami, nawiązuje do poprzednich lat życia młodej kobiety, więc co nie co może się czytelnikowi przypomnieć. 
"Inną wersję życia" można określić jako jedną wielką wycieczką w przeszłość. Matylda, która wciąż nie może sobie poukładać życia (rodzinnego, prywatnego, zawodowego), skacze ze związku w związek poszukując siebie. Jednak wie, że nie uda jej się, samej siebie odnaleźć, jeżeli nie wyjaśni pewnych spraw ze swojej przeszłości. A wszystko zaczyna się od jednego niepozornego zdjęcia, które prowadzi do rozdrapania starych, wypartych ran. 
Matylda jest takim niespokojnym duchem. Wciąż nie potrafi się pogodzić z tym, że jej rodzina jest tak niepełna i poobijana. Próbuje posklejać nadszarpnięte więzy rodzinne i naprawiać to, co w przeszłości zostało zupełnie zepsute. Jest to tym bardziej trudne, że jej najbliżsi tworzą mieszankę wybuchową, całą galerię postaci nieźle "pokręconych", wręcz toksycznych. A w Matyldzie jest mnóstwo emocji i uczuć, którymi chcę obdarzyć nawet tych, którzy bardzo ją ranili. Bardzo ważnym wątkiem w powieści jest próba odbudowania relacji z młodszą siostrą.. która zresztą kończy się wyjątkowo przewrotnie i zasmucająco. 
Książkę czytało się  dobrze, choć Matylda, balansująca momentami na granicy zdrowego rozsądku,  odrobinę mnie irytowała..
Za to w ostatniej części "Przelot bocianów" Matylda się zmieniła i bardzo ją polubiłam. Kobieta  się wycisza, uspakaja, powoli odnajduje siebie i swoje miejsce w życiu. Przeżywa zresztą wielkie zmiany- największe, jakie mogą spotkać kobietę- jest w ciąży. Pełno w powieści o macierzyństwie, do którego początkowo Matylda podchodzi z wielkim dystansem, ale stopniowo, na kolejnych kartach powieści, obserwujemy jak Matylda obdarza swoje nienarodzone jeszcze maleństwo, coraz większą i silniejszą miłością. O macierzyństwie autorka pisze wyjątkowo zgrabnie- z dużą dozą humoru, ale też z dużą dawką uczuć- mądrze. 
"Przelot bocianów" podobał mi się bardziej od "Innej wersji życia". Może dlatego, że tematyka wyjątkowo mi bliska, ale też na pewno dlatego, że tak dużo tu o Zawrociu, które wydaje się być miejsce magicznym. Piękny, stary dom, z wspaniałymi szpargałami z innej epoki. Wielki sad ze stuletnimi drzewami, a zarazem miejsce pełne tajemnic i historii z przeszłości (nie raz tych mrocznych i nieprzyjemnych). Powolutku Matyldzie udaje się porozwiązywać sprawy z przeszłości i wrócić do swojej teraźniejszości, którą w końcu będzie mogła zacząć budować po swojemu i tak, by stać się kobietą szczęśliwą. Może autorka mogła nieco bardziej rozwinąć pewne wątki i książka "urywa" się nagle, ale tak czy siak jest dobra.
Atutem powieści Kowalewskiej jest ich wielobarwność. Nagromadzenie przeróżnych charakterów ludzkich, ale i całego natłoku wszelkich emocji. Od dobrych po złe. I to, że autorka wciąż trzyma nas w napięciu. Dodatkowo pisze naprawdę ładnym językiem. 
A to, co mnie się podobało bardzo w całej serii o Zawrociu-  to teza, którą głosi autorka, a która  jest mi wyjątkowo bliska i z którą się w pełni zgadzam.  Nie jesteśmy autonomicznymi jednostkami, mamy korzenie, które mocno nas krępują. Przeszłość i historia naszej rodziny, geny, które dziedziczymy w spadku po bliskich, to coś, co zawsze będzie z nami. Nasz los jest już z góry w pewnym stopniu zdeterminowany. Nie możemy odciąć się od przeszłości, a czasem warto do niej wrócić, by lepiej poznać siebie. 

A tak sobie wyobrażam kawałek Zawrocia ;)




P. S. No a teraz przyjdzie pora na książki dziecięce :)

M.